Hasałam niczym narąbany jednorożec po terenach całej watahy, napawając
się atmosferą wolności, równości, braterstwa, ładu, porządku, dyscypliny
i ogólnie takich takich. W sumie to nie działo się nic szczególnego,
aczkolwiek dzisiejszy dzień zachwycał mnie właśnie tą prostotą. Nie
zamierzałam dłużej wychwalać licznymi epitetami tej cudownej
"pohasanki", moje myśli brzmiały aktualnie mniej-więcej w ten sposób:
"WDECH-WYDECH-WDECH-WYDECH-oczy suche-mrugnąć". W natłoku tych
skomplikowanych dysput z własnym umysłem w ostatniej chwili dostrzegłam
leżącego jak kłoda, białego wilka tuż na mojej trasie. Wykonałam zgrabny
sus nad przeszkodą, jak na prawdziwego jednorożca przystało, lecz
koniuszek mojego długaśnego *aż za bardzo*, puchatego ogona musnął
basiora w ucho, wywołując u niego gwałtowną reakcję w postaci
przekręcenia się z boku na bok. Próbowałam kontynuować wykonywanie
mojego ulubionego, jakże absorbującego zajęcia. Podskoki nadal szły mi
całkiem nieźle, zatem nadeszła pora na głębokie przemyślenia:
"WDECH-WY...WY..." Zaraz, co było po wdechu?! Chyba zgubiłam wątek po
drugiej stronie wilka. Pisnęłam cicho i ponownie przeskoczyłam śpiącego,
znów niefortunnie zahaczając ogonem o jego pysk. Na szczęście
kontrowersyjna metoda odnajdywania myśli zadziałała, lecz w chwili gdy
przypomniałam sobie, że po wdechu następuje wydech, wilk obudził się,
zaklął, choć niezbyt wulgarnie i zaczął się trząść jakby miał pchły.
Parsknęłam, przerażona nie na żarty straszliwą perspektywą swędzącego
futerka i czmychnęłam w gęstą trawę, nim osobnik mnie dostrzegł, a
przynajmniej tak mi się wydawało. Zastrzygłam uszami, starając się
wychwycić jakikolwiek dźwięk, jednak daremnie - żadnego sapania,
chrapania, dyszenia, drapania i innych dzikich odgłosów, jakich można by
się spodziewać po śpiącym. Chciałam wyjrzeć zza roślin, ale mój
nikczemny plan zniweczyło...Agresywne powietrze! Zaraz, nie powietrze,
wilk! Krzyknęłam szczerze zaskoczona, bo choć turlałam się ze wszystkich
sił, to zbój mnie nie chciał puścić. W końcu jego siła wygrała z
kreatywnymi próbami ratunku.
- Co tam cukiereczku? - spytał nieznajomy ze śmiechem, patrząc na mnie z
góry. Czułam się dość niezręcznie, więc jeszcze raz przeturlałam się,
aby zająć dominującą pozycję. Wilk wyglądał sympatycznie, więc
postanowiłam przyłączyć się do żartów.
- Wszystko w porządku, gościu malinowy. Co u Ciebie? - zapytałam z
uśmiechem na pysku, jednocześnie patrząc w neonowo-błękitne, niezwykłe
oczy rozmówcy. Spojrzenie miał nawet inteligentne, nie powiem -
konwersowałabym.
- A może porozmawialibyśmy w normalnej pozycji, która nie naruszałaby
niczyjej sfery prywatności? - zasugerował, ponownie się turlając.Znów
patrzył na mnie z góry, niech to.
Przeturlałam się.
- Niech pomyślę. - zawahałam się chwilę - Nie! - odparłam, uśmiechając się zaczepnie.
- Nalegam. - zaśmiał się, znowu turlanie. Toczyliśmy się tak jeszcze
dosyć długo, aż do brutalnego zderzenia z kłodą. Każdą wypowiedź wilka
kontrowałam bez dłuższego namysłu, krótkim wyrazem "nie".
- Znasz jakieś inne słowo poza "nie"? - zapytał, schodząc ze mnie. Po
jego minie wywnioskowałam, że na chwilę zwątpił w mój intelekt.
- Prestidigitator. - odparłam dumnie, po czym wybuchnęłam śmiechem. - A
tak w ogólne to Cheshire jestem, i nie, nie mów na mnie Chester. -
oznajmiłam, puszczając oczko do towarzysza.
<Ethan?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz